Technologia jest arcyważna… dlatego politycy: łapy precz!

Autor: Mateusz Błaszczyk


Istotność rozwoju technologicznego

Rozwój technologiczny to kwestia kluczowa dla rozwoju cywilizacji jako takiej. Od technologii zależy dobrobyt, długość i jakość życia oraz wygoda dnia codziennego rzesz ludzi na całym świecie. To technologia kilkudziesięciokrotnie zwiększyła wydajność manufaktur – za pomocą maszyny parowej. To ona uwolniła rolników od pracy w pocie czoła od zmierzchu do świtu – ponieważ dała im traktory, kombajny i dziesiątki innych maszyn. To ona ułatwiła i przyspieszyła podróżowanie po świecie – najpierw dzięki kolei, później samochodom, a jeszcze potem samolotom. Jako przedstawiciel pokolenia przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych urodziłem się w świecie bez powszechnego dostępu do internetu i telefonów komórkowych, bez możliwości korzystania z nawigacji satelitarnej, dokonywania przelewów bankowych za pomocą smartfona czy czytania setek książek na leciutkim przenośnym Kindle’u. Świat zmienił się na moich oczach – nie tylko politycznie, lecz także (a może zwłaszcza) w dziedzinie technologii i jej dostępności dla szerokich mas. Zmienił się na lepsze – i to jest coś fantastycznego.

background, blur, chat

Wiem, że jeśli traktujemy poważnie człowieka i jego życie, zdrowie, możliwości działania i dążenie do szczęścia – musimy traktować poważnie rozwój technologiczny.

I właśnie dlatego jestem przeciwnikiem jakiegokolwiek zaangażowania państwa w tę kwestię.

 

Słuszne spostrzeżenia i niesłuszne wnioski posła Liroya

Pretekstem do rozważań nad relacjami między technologią a polityką stał się dla mnie krótki wywiad, którego udzielił poseł Piotr Liroy-Marzec. Poseł uczestniczył w posiedzeniu sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii – i zaszokował go poziom niezrozumienia podstawowych spraw związanych z nowymi technologiami wśród parlamentarzystów.

Mam wrażenie, że aktualna większość nie rozumie nowych technologii, nie rozumie IT. Wystarczy przyjść na komisję cyfryzacji i posłuchać, co mówią niektórzy posłowie, gdy pojawia się temat cyfryzacji

– mówi poseł Liroy. Dalej dodaje:

Tam słyszałem nawet takie pytania jak: co to są te start-upy? I co to jest internet? Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Dlatego pokoleniowa zmiana u władzy jest niezbędna. Widzę wielu młodych posłów niezadowolonych ze starej elity. Oni w ciągu 2–6 lat dojdą do władzy, bo dzisiejsi rządzący nie rozumieją nowoczesnego świata. Nadal myślą, że internet to tylko hobby. Nie rozumieją, że życie toczy się równolegle w świecie fizycznym i cyfrowym. Nie rozumieją, więc się tego boją.

Piotr Liroy-Marzec ma rację – politycy nie rozumieją nowych technologii i boją się ich. Poseł wspomina także o badaniach nad (być może) przełomowym wynalazkiem w dziedzinie transportu – o technologii pociągów próżniowych, czyli hyperloopie, projekcie Elona Muska – i o tym, jak wielka jest niewiedza polityków z Komisji Cyfryzacji w tej dziedzinie. Tutaj jednak dochodzi do zaskakujących wniosków: politycy i włodarze państwa nie rozumieją technologii, nie znają się na niej i boją się jej, dlatego… powinni móc łożyć na nią jeszcze więcej publicznych pieniędzy! Czyli ci, którzy wiedzą o technologii tak niewiele – powinni stać się głównymi decydentami w kwestii jej finansowania.

Dlaczego jest to błędne myślenie i jak należy podejść do kwestii tworzenia, upowszechniania i finansowania nowych technologii?

 

Czym jest wynalazek…

Zacznijmy od ogólnego stwierdzenia: istnieje fundamentalna różnica między wynalazkiem a innowacją. Wynalazek to (za Wikipedią):

nowatorskie, oryginalne rozwiązanie problemu technicznego. W naukach inżynieryjnych i badaniach produktowych wynalazek najczęściej przybiera postać nowego urządzenia lub jego elementu, metody lub procesu, dzięki którym możliwe jest wykonanie jakiejś czynności w sposób sprawniejszy, bezpieczniejszy, wydajniejszy, tańszy lub lepszy jakościowo.

Wydaje się to dość jasne i zrozumiałe. Pierwsze prehistoryczne kościane narzędzie, które stworzył w odległej przeszłości jakiś hominid – było wynalazkiem, ponieważ było nowym sposobem rozwiązania problemu polowania i krojenia mięsa. Pierwsza motyka, pierwszy zegar słoneczny, pierwszy młyn wodny – każde z nich było wynalazkiem, przełomowym w swoim czasie, tak samo jak wynalazki, których twórców znamy dziś z imienia, takie jak nowożytna prasa drukarska z ruchomą czcionką Jana Gutenberga, atmosferyczny silnik parowy Thomasa Newcomena, samolot Orville’a i Wilbura Wrightów czy DYNABOOK, czyli pierwszy wizjonerski przenośny komputer osobisty zaprojektowany przez Alana Key w laboratoriach Xeroc Parc. Intuicyjnie rozumiemy, czym były i są wynalazki.

Jednak nie każdy wynalazek staje się równie przełomowy jak te wymienione wyżej – a na pewno nie od razu. Historia daje przykłady licznych (znanych z imienia albo bezimiennych) wynalazców, którzy tworzyli nowe rozwiązania technologiczne przewyższające wszystko, co znali im współcześni – a mimo to ich wynalazki albo zostały zapomniane, albo po prostu nie znalazły szerszego oddźwięku w społeczeństwie ich epoki. Leonardo da Vinci, powszechnie uznawany za archetyp człowieka renesansu, miał być twórcą dziesiątek wynalazków, które dopiero całe wieki później były faktycznie stosowane – przypisuje mu się m.in. wynalezienie spadochronu. Jednak spadochrony (jak i wiele innych wynalazków przypisywanych da Vinciemu) znalazły się w powszechnym użytku dopiero kilka stuleci później. Można nawet mówić o całych „narodach wynalazcówˮ, z których wywodzili się twórcy jednych z najbardziej niezwykłych technologii, a w których owe technologie przez wieki nie odbiły się szerszym echem – i stanowiły raczej ciekawostkę i zabawkę dla bogatych elit niż powszechnie dostępy towar zmieniający na lepsze życie mas. Przykładem są tutaj starożytne i średniowieczne Chiny – kraj niezliczonych wynalazków, które przez długi czas (często przez wieki) nie zmieniały znacząco codziennego życia przeciętnych Chińczyków. Nawet słynne Cztery Wielkie Wynalazki (czyli druk, kompas, papier i proch), stanowiące w Chinach klasyczny symbol naukowej i technologicznej potęgi kraju, znalazły szersze, powszechniejsze i bardziej rewolucyjne zastosowania w Europie niż w Państwie Środka.

 

… a czym innowacja

Nie każdy wynalazek zmienia świat, a na pewno nie każdy robi to od razu ani za pośrednictwem działań samego wynalazcy. Nie jest tu winne fatum, złośliwość losu ani nawet niedojrzałe społeczeństwo. Aby wynalazek faktycznie stał się przełomem i zmienił na lepsze życie mas – musi stać się innowacją.

Innowacja to wynalazek wdrożony w życie i wykorzystany na szeroką skalę. Pierwsze kościane narzędzie prehistorycznego hominida – eksperymentatora mogło być najgenialniejszym wynalazkiem ówczesnego świata – ale nijak nie zmieniło losu innych hominidów ani nie wpłynęło na poprawę jakości ich życia, dopóki jaskiniowy wynalazca nie przedstawił im swojej nowinki, nie wyjaśnił znaczenia i zastosowania i nie pokazał, że można dzięki niej skuteczniej polować i kroić mięso. Prasa drukarska Gutenberga nie miałaby znaczenia, gdyby nie została przyjęta przez innych i gdyby nie zaczęto na niej wkrótce powszechnie drukować wszelakich pism. Silnik parowy Newcomena byłby zapomniany i stałby się jedynie przypiskiem w zakurzonej pracy jakiegoś historyka, gdyby w 1712 roku w kopalni w Staffordshire nie uruchomiono pierwszej z tych maszyn w celu przyspieszenia i ułatwienia wydobycia węgla i nie udowodniono w praktyce jej skuteczności w przemyśle wydobywczym – tak jak ten sam silnik mógłby nigdy nie stać się kluczowym elementem przemian rewolucji przemysłowej, gdyby nie późniejsze udoskonalenia i masowa sprzedaż, które zawdzięczamy Jamesowi Wattowi. Wielu komputerowych nerdów lubi podkreślać, że twórcą przełomowej technologii Apple’a nie był Steve Jobs, lecz Steve Wozniak. Być może to prawda – lecz bez umiejętności przedsiębiorczych, zmysłu biznesowego i wyczucia rynku Jobsa firma Apple mogłaby nigdy nie odnieść tak wielkiego sukcesu.

Innowacja to wynalazek, który został z sukcesem przedstawiony masom i sprzedany na rynku. Ojcem wynalazku jest (a jakże!) wynalazca – ojcem innowacji jest przedsiębiorca. Często jest to jedna i ta sama osoba – historia zna wielu wynalazców-przedsiębiorców, takich jak Thomas Alva Edison. Jednak równie często autorem spektakularnego sukcesu danej nowości technologicznej jest ktoś inny niż sam wynalazca. Nie ma w tym nic zaskakującego – wszak nie każdy naukowiec czy inżynier musi być jednocześnie biznesmenem i specem od reklamy, promocji i sprzedaży – i nie ma w tym nic złego. W wolnym społeczeństwie każdy działa na podstawie swojego najlepszego osądy, wchodzi z innymi w dobrowolne interakcje i ma szansę zyskać. Ten, kto najlepiej zaspokaja potrzeby szerokich rzesz konsumentów, zyskuje najwięcej – ale zyskuje każdy: wynalazca, przedsiębiorca, dziesiątki „powielaczyˮ danego wynalazku i w końcu ostateczny odbiorca produktu: konsument. Ten zyskuje bodaj najwięcej.

 

Co wspiera innowacyjność?

Skoro rozumiemy już różnicę między wynalazkiem a innowacją, zastanówmy się: dlaczego nie każdy wynalazek stawał się od razu innowacją? Dlaczego nie każdy od razu zmieniał świat?

Przywołajmy wcześniejszy przykład Chin – kraju, z którego pochodzi tak wiele przełomowych wynalazków. Dlaczego nie tam, lecz w Wielkiej Brytanii i w USA, i to dopiero w połowie XVIII wieku, doszło do rewolucji przemysłowej – i do tak radykalnego wzrostu dobrobytu i poprawy warunków życia mas ludzi? Chiny miały wszak wszystko,  czego potrzeba do przełomu: rozliczne wynalazki, ogromną populację, wielką powierzchnię, mnóstwo złóż naturalnych.

Aby wynalazek stał się innowacją i faktycznie odmienił życie ludzi, potrzeba czegoś innego: potrzeba pewnych struktur, instytucji i (przede wszystkim) idei, które rozpowszechnią się w społeczeństwie. Jakich?

* Potrzeba rozpoznania, nawet jeśli niepełnego i chwiejnego, niezbywalnych praw jednostkowych – prawa do życia, do wolności, do własności, do dążenia do szczęścia, tak jak rozpoznali je Ojcowie Założyciele Stanów Zjednoczonych Ameryki w Deklaracji Niepodległości, tak jak do pewnego stopnia stały się one dziedzictwem Anglii wywalczonym w starciach z władzą, od Magna Carta po Bill of Rights.

* Potrzeba poszanowania prawa własności prywatnej – nie tylko uznania aktualnego stanu posiadania wąskiej grupki uprzywilejowanych elit, lecz rozpoznania prawa każdego pojedynczego człowieka do zachowania i wykorzystania owoców własnej pracy, bez strachu o to, że rządzący odbiorą mu jego własność pod byle pretekstem.

* Potrzeba uznania roli i znaczenia zdobyczy nauki w życiu człowieka – nawet jeśli początkowo jedynie wśród garstki oświeceniowych intelektualistów, których przekonania promieniowały później na resztę społeczeństwa.

* Potrzeba ukierunkowania na przyszłość – uznania, że przeszłość, jakkolwiek ważna i chwalebna, nie jest dla nas niewolniczym wzorem do ciągłego naśladowania, ale pewnym drogowskazem, dzięki któremu możemy dążyć do coraz wspanialszych rzeczy w dniu jutrzejszym i że świat wcale nie musi coraz bardziej upadać i się degradować, a wręcz przeciwnie: może się rozwijać i kwitnąć.

* Potrzeba zrozumienia, choćby i częściowego, procesów gospodarczych, zjawisk rynkowych i spontanicznego porządku tworzącego harmonijną współpracę w społeczeństwie bez ingerencji królów czy parlamentów. W 1776 roku – tym samym, w którym ogłoszono Deklarację Niepodległości Stanów Zjednoczonych – Adam Smith wydał Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, które otworzyły nowy etap w kształtowaniu się „najmłodszej z naukˮ, jak nazywał ją Ludwig von Mises: ekonomii. Ten sam Ludwig von Mises pisał w swoim dziele Mentalność antykapitalistyczna, że przez kilka dekad XIX wieku literatura ekonomiczna była najchętniej czytaną w Anglii.

* Potrzeba docenienia działań przedsiębiorców – nowej grupy ludzi, którzy zajmowali się… walką z niepewnością: próbą przewidywania, co, kiedy i dlaczego będzie potrzebne jak najszerszym rzeszom ludzi, a następnie dostarczania im tych towarów i usług najlepiej i najtaniej, jak to możliwe. Biznesmeni musieli stać się pełnoprawną grupą społeczną, a nie pogardzanymi dorobkiewiczami i groszorobami przeciwstawianymi „szlachetnie urodzonejˮ elicie albo „pracującym w pocie czołaˮ prostym, lecz uczciwym robotnikom.

* Potrzeba wreszcie wolnorynkowego kapitalizmu – ustroju, w którym ludzie mogą swobodnie zawierać umowy, wymieniać się tytułami własności, zatrudniać i być zatrudnianymi, kupować i sprzedawać, produkować i konsumować bez życia w wiecznym strachu przed arbitralnymi decyzjami władców dotyczącymi ich życia. Owszem, w pełni wolnorynkowy kapitalizm nie zaistniał w żadnym okresie w żadnym kraju – ale elementy tego ustroju, które pojawiły się w Wielkiego Brytanii i w USA w XVIII i w XIX wieku, zapewniły wystarczającą swobodę, aby doprowadzić te kraje w tak krótkim czasie do tak wielkiego wzrostu dobrobytu.

Wyżej wymienione struktury, instytucje i idee pojawiły się – w różnym stopniu i w różnym momencie – w Wielkiej Brytanii i, zwłaszcza, w Stanach Zjednoczonych. To one uczyniły te dwa kraje pionierami rewolucji przemysłowej i przyczyniły się do tak wielkiego rozwoju technologicznego oraz tak wielkiego wzrostu dobrobytu i poziomu życia w obu krajach. Te właśnie elementy stanowią o różnicy między Anglią i USA a Chinami.

[O tym i o wielu innych zagadnieniach będzie można wkrótce przeczytać w przetłumaczonej przez Instytut Misesa książce Deirdre McCloskey Burżuazyjna godność. Dlaczego ekonomia nie potrafi wyjaśnić współczesnego świata?].

 

Co może zrobić państwo…

Wróćmy teraz do naszej szarej rzeczywistości: do sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii, do wywiadu z posłem Liroyem i do niewiedzy polskich polityków.

Co może zrobić państwo, aby wesprzeć powstawanie nowych wynalazków i rozwój technologii w Polsce? Zapewne zgodzimy się, że nie chcemy jakichś zapomnianych wynalazków leżących w kurzu na strychach inżynierów-geniuszy – lecz faktycznych innowacji wpływających na nasze życie. Powyższe rozważania powinny nam już co nieco podpowiedzieć: przede wszystkim państwo powinno stanąć na straży niezbywalnych praw jednostkowych, chronić prawo własności prywatnej i zapewnić zdrowe funkcjonowanie wolnorynkowego kapitalizmu, co oznacza: powinno nie ingerować w gospodarkę. Tylko tyle i aż tyle. Cała reszta – uznanie roli nauki w społeczeństwie, ukierunkowanie na przyszłość, zrozumienie zasad ekonomii, docenienie działalności przedsiębiorców – nie leży w gestii kompetencji państwa. Rząd nie może żadnej z tych rzeczy wymusić na ludziach, a gdyby próbował ich odgórnie „edukowaćˮ, to skutki mogłyby być odwrotne od zamierzonych.

 

… a czego robić nie powinno

Wreszcie zajmijmy się ostatnią propozycją nie tylko posła Liroya, lecz wielu polityków, ekonomistów, dziennikarzy i osób życia publicznego: państwo powinno łożyć więcej pieniędzy na rozwój technologii i, przez to, przyczyniać się do tworzenia nowych wynalazków, które zmodernizują nasz kraj i poprawią standard życia Polaków.

Ciężko o gorszą propozycję, jeśli komuś naprawdę leży na sercu rozwój technologii i jeśli ktoś docenia jej rolę w życiu człowieka.

Po pierwsze: statystyki są nieubłagane. Zdecydowana większość przełomowych, nowatorskich technologii powstała w sektorze prywatnym, a nie państwowym. Każda wielka zmiana (od maszyny parowej przez taśmową produkcję Henry’ego Forda aż po rewolucję informatyczną i osiągnięcia Microsoftu i Apple’a) powstała dzięki prywatnym staraniom przedsiębiorców i kapitalistów pragnących się wzbogacić przez zaspokojenie potrzeb konsumentów… a przy okazji zmieniających świat na lepsze. Owszem, istnieją przykłady wynalazków zapoczątkowanych przez państwo (wiele z nich podnosi w swojej książce The Enterpreneurial State profesor Mariana Mazzucato z University of Sussex), jednak przywoływanie ich to klasyczny błąd cherry picking i wybiórcze podejście do tematu.

Największy wkład w rozwój technologiczny ze strony państwa ma niewątpliwie wojna. Nigdy tak szybko, tak gwałtownie i na tak dużą skalę nie powstają nowe rozwiązania, technologie, wynalazki – jak w czasie wojny. Fani błyskawicznego, skokowego rozwoju technologii przyszłości powinni być może dążyć do wojny – albo przynajmniej przychylić się do propozycji Paula Krugmana.

Mówiąc jednak poważnie: samo porównanie inicjatyw prywatnych i państwowych, które zakończyły się sukcesem i przyniosły innowacje rzeczywiście oddziałujące na masy, nie zostawia wiele wątpliwości: innowacyjne osiągnięcia prywatnych przedsiębiorców na rynku biją na głowę te państwowe. Zdecydowana większość technologii, które zostały rozwinięte i przyczyniły się do rozwoju ludzkości – została stworzona i rozwinięta w sektorze prywatnym. Tak jak zdecydowana większość nieudanych projektów, które pochłonęły krocie pieniędzy i skończyły się fiaskiem – była forsowana przez państwa.

Po drugie: państwo jest z założenia nieefektywne w finansowaniu tworzenia nowych technologii, ponieważ (w przeciwieństwie do prywatnych firm) jest oderwane od procesów rynkowych i nie może dokonać właściwej kalkulacji ekonomicznej. Ujmując to prościej: ponieważ państwo finansowane jest z podatków pobieranych pod przymusem, ewentualnie „sponsoruje sięˮ samo przez zwiększanie długu publicznego albo przez inflację (każda z tych opcji opiera się ostatecznie na drenowaniu kieszeni obywateli), nie działa w jego wypadku mechanizm bodźców, które działają na prywatnych przedsiębiorców. Prywatna firma musi dokonać kalkulacji: jeśli zainwestuje pewną kwotę pieniędzy w projekt A, to nie zainwestuje tych samych pieniędzy w projekt B; jeśli sfinansuje badania naukowe nad zagadnieniem X, to nie sfinansuje badań Y. Przedsiębiorca musi więc działać rozważnie i poważnie przemyśleć, co jest istotniejsze (A czy B, X czy Y) – a „istotniejszeˮ oznacza tutaj: sukces którego projektu albo których badań jest: 1) bardziej prawdopodobny; 2) przyniesie większy i bardziej wymierny pożytek konsumentom; 3) będzie miał wpływ na większą liczbę ludzi, a więc – potencjalnych klientów. To sprawia, że firma musi bardzo rozsądnie lokować swój kapitał, kiedy przychodzi do płacenia za projekty i badania naukowe, bo każda pomyłka będzie ją drogo kosztować. Co więcej: dana firma może przez pewien czas finansować badania, które nie przynoszą natychmiastowych rezultatów i nie dają wymiernych korzyści materialnych od razu, tu-i-teraz – ale nie może pozwolić sobie na marnotrawienie kapitału i nie może non stop wspierać projektów, które okazują się ślepymi uliczkami. Bodźce zysku i straty działają tutaj bardzo silnie.

Teraz porównajmy, jak funkcjonuje finansowanie przez państwo. Państwo nie ma „swoichˮ pieniędzy, a jedynie „pieniądze publiczneˮ, a więc pochodzące z podatków pobranych pod przymusem, zadłużenia albo inflacji. Nie musi się martwić o rachunek zysków i strat: decydenci państwowi, czyli politycy, nie ryzykują swoim majątkiem tak jak przedsiębiorcy w prywatnych firmach – to nie ich pieniądze są na szali, poza tym budżet rządu jest w zasadzie nieograniczony. Owszem, teoretycznie jest ograniczony, ale w praktyce to jedynie kwestia dalszego zadłużenia, dodruku pustego pieniądza, kreatywnej księgowości albo (w najgorszym razie) podwyżki podatków. Nie ma tu mechanizmu zysków i strat, nie ma bodźców do podejmowania jak najtrafniejszych decyzji. I rzecz najważniejsza: nie ma tu odpowiedzi zwrotnej rynku. Nie chodzi tu już tylko o to, że państwo nie może „zbankrutowaćˮ na ciągłym finansowaniu nietrafionych badań naukowych, tak jak może zbankrutować prywatna firma. Chodzi o to, że nawet jeśli jakieś badania okażą się sukcesem, to państwo nie ma żadnej metody sprawdzenia, na ile okazały się sukcesem (bo nie może porównać wyników z innymi wynikami na rynkowych zasadach), co przyczyniło się do ich sukcesu ani jak ten sukces technologiczny – ten nowy wynalazek – przekuć w faktyczną rynkową wartość: w innowację. Brak możliwości przeprowadzenia właściwej kalkulacji ekonomicznej, nieobecność bodźców zysku i straty oraz oderwanie od procesów rynkowych powoduje, że państwo jest fatalnym inwestorem, a jego efektywność w finansowaniu innowacji jest gorzej niż zła.

Po trzecie: Frederic Bastiat. Możemy powołać się na najwspanialsze, najbardziej spektakularne i przełomowe nowe technologie, które mogłyby powstać dzięki działalności i finansowaniu państwa, a które nie powstają, ponieważ sektor prywatny jest zbyt zachowawczy i boi się w nie inwestować – albo ponieważ właściciele firm są zbyt chciwi i egoistyczni i nie chcą sponsorować projektów, z których realizacji nie widzą dla siebie wyraźnych zysków już teraz. Wyobraźmy sobie Cudowny Wynalazek, który ułatwiłby życie każdemu z nas: może to być silnik oparty o metodę zimnej fuzji, lek na każdy typ nowotworu złośliwego, urządzenie służące do teleportacji albo nawet perpetuum mobile (nieważne, że jest sprzeczne z drugą zasadą termodynamiki; pozwólmy sobie pomarzyć). Pomyślmy tak: to nic, że zdecydowaną większość nowych technologii zawdzięczamy prywatnym przedsiębiorcom, a nie państwu; to nic, że państwo nie może dokonywać kalkulacji ekonomicznej tak, jak robią to prywatne firmy! To nieważne – ważne, że mamy pomysł, koncept, ideę czegoś tak przełomowego, że wszystko inne przy tym blednie! Zapomnijmy o innych problemach i władujmy w ten projekt tonę publicznych pieniędzy, włóżmy w niego tak dużą część budżetu państwa, jak to tylko możliwe, zatrudnijmy najwybitniejszych naukowców na świecie, zapewnijmy im najdoskonalszy istniejący sprzęt i najlepsze możliwe warunki pracy – a na pewno osiągniemy sukces i nasz Cudowny Wynalazek ujrzy światło dnia!

Być może tak będzie: być może faktycznie Cudowny Wynalazek zostanie, cóż, wynaleziony – i być może naprawdę odmieni oblicze świata. To jest to, co widać. Ale tutaj przychodzi ze swoimi wątpliwościami nie kto inny, jak stary Frederic Bastiat, francuski publicysta i ekonomista żyjący w pierwszej połowie XIX wieku, autor ponadczasowego eseju Co widać i czego nie widać. Bastiat mówi: tak, to wszystko prawda – macie swój Cudowny Wynalazek. To widać. Ale wiecie, czego nie widać? Nie widać wszystkich innych straconych możliwości, zaprzepaszczonych szans, zlekceważonych pomysłów, całego niewykorzystanego potencjału. Wszystkie środki, które poszły na pracę nad Cudownym Wynalazkiem – nie poszły w tym momencie na żadne inne cele, być może nie tak wiekopomne i spektakularne, ale równie ważne, a może i ważniejsze. Gigantyczne fundusze, dzięki którym powstał Cudowny Wynalazek: to jeden Cudowny Wynalazek – ale też dziesiątki, setki, może tysiące inicjatyw, na które nie starczyło pieniędzy, bo politycy, ostateczni włodarze pieniędzy publicznych, zdecydowali inaczej. Skoro pieniądze zabrane obywatelom w podatkach poszły na Cudowny Wynalazek – to nie poszły na rozwój firm, na budowę domów, na kupno samochodów, na wyposażenie szkół, na modernizację szpitali, na badania nad nowym rodzajem Pampersów, które ułatwiłyby życie młodym matkom, albo nad tańszą metodą produkcji wędlin, która obniżyłaby ceny szynki w sklepach. Te wszystkie małe, drobne, niespektakularne rzeczy – to jest to, czego nie widać, i to, co straciliśmy.

Dlaczego wobec tego mówię: straciliśmy, kiedy wspominam o państwowych inwestycjach, a nie mówię tego samego, kiedy mam na myśli prywatne projekty? Czy w przypadku prywatnych przedsięwzięć przeznaczenie pieniędzy na jeden cel nie „odbieraˮ tych samych pieniędzy drugiemu celowi? Nie w ten sam sposób – ponieważ (tutaj wracamy do kwestii kalkulacji ekonomicznej) prywatny inwestor ma wszelkie powodu i motywują go do tego wszelkie bodźce, aby jak najlepiej i jak najmniejszymi kosztami zaspokajał jak najpilniejsze potrzeby jak największych rzesz ludzi. „Prywaciarzˮ albo będzie służył konsumentom tak dobrze i tak tanio, jak tylko może – albo zbankrutuje. Państwu i politykom to nie grozi.

Po czwarte wreszcie i ostatnie: majątek, czas i wszelkie środki każdego człowieka należą do niego samego – i tylko do niego. Politycy nie mają żadnego moralnego prawa odbierać ludziom ich ciężko zarobionych pieniędzy i przeznaczać na finansowanie projektu X, Y ani Z – to nie są wszak ich pieniądze. Jeśli politycy są szczerze przekonani o słuszności danej inicjatywy badawczej – niech sami ją zasponsorują albo wytłumaczą innym, dlaczego jest to wartościowy projekt i dlaczego warto go wesprzeć. Wtedy i tylko wtedy będą mieli prawo wykorzystać środki uzyskane od innych na opłacenie badań nad technologią pociągów próżniowych – albo dowolną inną.

 

Na zakończenie

Rozumiem zdenerwowanie posła Liroya na innych polityków. Tak, to niepoważne, że ludzie zasiadający w sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii nie mają pojęcia, czym jest innowacyjność ani na czym tak naprawdę polegają owe nowoczesne technologie. Piotr Liroy-Marzec ma pełne prawo być zniesmaczony i zbulwersowany.

Ale rozwiązaniem nie jest dawanie tym samym ludziom jeszcze większych sum pieniędzy zabranych podatnikom w nadziei, że to wesprze rozwój technologiczny albo zwiększy innowacyjność polskiej gospodarki! Rozwiązaniem nie jest nawet zamienienie tych ludzi na bardziej kompetentnych i obsadzenie sejmowej komisji samymi fachowcami. Jedynym wyjściem jest rozwiązanie tej komisji – i wszystkich komisji tego typu – a na początek przynajmniej ograniczenie jej roli i możliwości marnotrawienia publicznych pieniędzy.

Co później? Należy oddać zagadnienia technologii, wynalazczości i innowacji tam, gdzie powinny się znajdować: w ręce wynalazców i przedsiębiorców działających w nieskrępowany sposób w ustroju wolnorynkowego kapitalizmu.

Czy hyperloop Elona Muska faktycznie będzie przełomowym wynalazkiem i wyjątkową innowacją, czy zrewolucjonizuje świat transportu? Nie wiem – ale nie chcę, aby o projekcie decydowali posłowie. Nie da się zadekretować innowacji. Rozwój technologii nie bierze się z decyzji polityków ani urzędników.

Zostawmy to wolnym, pomysłowym, przedsiębiorczym ludziom. Poradzą sobie lepiej niż politycy.

Mateusz Błaszczyk

Absolwent Wydziału Polonistyki i magistrant Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Z „fachu” redaktor językowy i korektor, z przekonania wolnościowiec. Sympatyk twórczości i myśli Ayn Rand. Miłośnik historii, zwłaszcza greckiego antyku i łacińskiego średniowiecza, podróży po Grecji i Włoszech, dobrej literatury oraz kiepskich filmów.

Więcej tekstów

Może spodoba Ci się również...