Kilka słów więcej o altruizmie

Egoizm.

Przerażające słowo. Rodzice, nauczyciele, wychowawcy wpajają każdemu dziecku od najmłodszych lat: nie bądź egoistą! Politycy grożą konsekwencjami niepohamowanego egoizmu rozsadzającego społeczeństwo, ekonomiści straszą niszczącymi skutkami egoizmu dla gospodarki, duchowni przypominają o destrukcyjnym wpływie egoizmu na ludzką duszę. Moraliści, kaznodzieje i ideolodzy wszelkiej maści mówią o egoizmie jako o źródle ludzkiej nikczemności, jako o synonimie zła tego świata. Ale o egoizmie będziemy jeszcze wiele mówić − w kolejnych tekstach. Tym razem skoncentrujmy się na jego antytezie, na dokładnie przeciwnej postawie, która ma być lekiem na wszelkie bolączki rodzaju ludzkiego. Co wielcy tego świata proponują w zamian, jako zbawienie i remedium na egoizm?

Altruizm.

Piękna cecha charakteryzująca najlepszych z najlepszych: filantropów, dobroczyńców ludzkości, osoby żyjące wyłącznie dla innych. Najwyższa z dostępnych cnót. Źródło wszelkich wartości, synonim dobra na tym świecie.

Czyż nie tak tłumaczy się nam od małego? Czyż nie takie jest przesłanie wielkich filozofii i ideologii? Czyż nie jest to jedna rzecz, co do której zawsze zgadzali się wielcy tego świata?

Warto sprawdzać przesłanki stojące za przekonaniami, które uznajemy za oczywiste. W tym wypadku − naturę samego altruizmu.


 

 

Pojęcie altruizmu ukuł francuski pozytywista August Comte, choć sama postawa była znana już w najdawniejszych cywilizacjach. Określił tym mianem „bezinteresowne dążenie woli skierowanej na dobro innych oraz takie zachowania, które miały na celu troskę o los innych ludzi i gotowość poświęcania interesów osobistych dla dobra społecznegoˮ. Comte tak zdefiniował moralny kodeks altruizmu:

„Społeczny punkt widzenia nie może tolerować pojęcia praw, bo takie pojęcie opiera się na indywidualizmie. Rodzimy się obciążeni wszelkiego rodzaju obowiązkami, wobec naszych poprzedników, wobec naszych następców, wobec nam współczesnych. Od momentu naszych narodzin te zobowiązania powiększają się i gromadzą […] Ta reguła [»żyć dla innych«], ostateczna zasada ludzkiej moralności, sankcjonuje wyłącznie nasze instynkty życzliwości, wspólne źródło szczęścia i obowiązku. [Człowiek musi służyć] Ludzkości, do której w całości należyˮ [Katechizm pozytywistyczny, 1853].

Dwudziestowieczny angielski filozof Charlie Dunbar Broad nazwał altruizm „doktryną, według której każdy z nas ma specjalne obowiązki pomagania innymˮ.

Współczesny amerykański filozof James Fieser doprecyzował jądro zasady altruizmu: „Działanie jest moralnie słuszne, jeśli jego konsekwencje są bardziej korzystne niż niekorzystne dla każdego z  wyjątkiem podmiotu działającegoˮ.

Profesor Gabriel Moran z New York University podsumowuje altruistyczne credo Comte’a i innych krótko: „Prawo i obowiązek altruistycznego życia można podsumować frazą: »Żyć dla innych«ˮ.

 

Co wynika z tych objaśnień? Od Comte’a dowiadujemy się, że altruizm jest nie do pogodzenia z niezbywalnymi prawami jednostkowymi każdego człowieka, ponieważ opiera się na zasadzie obowiązku − że jest przeciwny indywidualizmowi − że musi być bezinteresowny, nie może zatem opierać się na własnym interesie każdego człowieka − że zgodnie z doktryną altruizmu człowiek „należy do ludzkościˮ i musi być gotowy na poświęcenie dla niej swoich wartości. Broad potwierdza tezę Comte’a, że altruizm opiera się na obowiązku wobec innych, Fieser zasadę, że człowiek działający prawdziwie altruistycznie nie może odnosić korzyści ze swoich akcji, Moran stwierdza zaś krótko: altruizm to życie dla innych, a więc nie dla siebie samego.

Co wynika z tych definicji? Czy potwierdzają powszechne przekonanie i bezrefleksyjnie przyjmowaną zasadę, zgodnie z którą altruizm to najwyższa cnota i synonim moralnego dobra?

 

Altruizm − wbrew powszechnej opinii − to nie jest dobroczynność, filantropia, charytatywność, wspieranie słabszych, troska o ubogich ani wyciąganie ręki do potrzebujących. To nie jest zwykła ludzka życzliwość, pomaganie sąsiadom w przeprowadzce, pożyczenie pieniędzy przyjacielowi w potrzebie, kupienie prezentu żonie ani ściągnięcie małego kotka z najwyższej gałęzi drzewa. Wszystko to może się mieścić w dobrze pojętym racjonalnym interesie własnym, może nieść korzyści (materialne lub duchowe) obu stronom i przyczyniać się do tworzenia atmosfery naturalnej i niewymuszonej życzliwości i współpracy w społeczeństwie racjonalnych ludzi. Ale nie takie jest credo altruizmu. Głoszący altruizm podczepiają swoje idee pod działania, które większość ludzi − słusznie − uznaje za właściwe i pożyteczne, a później wypaczają ich znaczenie i mówią, że trzeba iść o krok dalej. Czym altruizm jest zatem w samej swojej istocie?

Altruizm to sięgające najdawniejszych czasów przekonanie, że człowiek nie może i nie powinien być celem samym w sobie, a jest jedynie środkiem do celów innych. Oznacza to, że nikt nie ma prawa żyć sam dla siebie i dążyć do swojego własnego szczęścia, ale musi być traktowany jedynie jako trybik w wielkiej machinie służącej „czemuś innemuˮ. Czemu konkretnie musi służyć człowiek całym swoim życiem? To sprawa drugorzędna i altruiści wszystkich epok wynajdywali przeróżne cele: najważniejszy jest sam fakt służby „czemuś innemuˮ jako najwyższe powołanie. Człowiekiem mogą powodować różne motywacje − jeśli tylko nie jest to jego własne szczęście, ponieważ jego celem nie może być spełnienie na tym świecie, a jedynie samopoświęcenie. Doktryny altruistyczne oferowały i oferują różne racjonalizacje. Człowiek może być zobowiązany do poświęcenia siebie i swoich wartości na rzecz „większej sprawyˮ − „wyższego dobraˮ − przyszłych pokoleń − społeczeństwa − państwa − bogów − królów − narodu − rasy − klasy − demokracji… Szczegółowe uzasadnienia są nieważne. Liczy się to, że człowiek ma być traktowany jak zwierzę ofiarne − raz po raz składający w ofierze swój majątek, wolność, cele, marzenia, ambicje, zdrowie, a nawet życie, a przede wszystkim: swoje wartości − na ołtarzu wielkiego celu wyznaczonego przez altruistów. Cel nie jest tak ważny jak sam akt samopoświęcenia. Kiedy ustanawia się samopoświęcenie i składanie nieustannych ofiar jako wyznacznik moralności, trzyma się ludzi w szachu: jeśli człowiek chce żyć dla siebie i realizować swoje wartości, potępia się go jako niemoralnego i wzbudza się w nim poczucie winy za złamanie kodeksu moralnego altruizmu. Jeśli zaczyna żyć zgodnie z tym kodeksem i wyrzekać się tego, co dla niego najważniejsze, w imię „czegoś innegoˮ, powoli staje się wyzutym z wszelkich nadziei, aspiracji i chęci do życia osobnikiem, zaczyna odczuwać frustrację, że postępowanie zgodnie z zasadami wyznawanymi przez społeczeństwo nie przynosi mu szczęścia i spełnienia, ale powoli go niszczy. Taki człowiek nie sprzedaje nawet swojej duszy − rozmienia ją na drobne i rozdaje każdemu, kto zażąda, nic w zamian nie dostając. Nigdy nie poświęci dość, aby spełnić kryteria kodeksu moralnego altruizmu, a jego każda kolejna osobista ofiara będzie jedynie krokiem ku następnej, jeszcze większej, wciąż i wciąż, bez końca. Bo nigdy nie można poświęcić tyle, żeby uczynić zadość żądaniom altruistów − zawsze, tuż za rogiem, czeka kolejny „wielki celˮ, kolejny „problem społecznyˮ, który będzie wymagał dalszych poświęceń.

Doktrynerzy altruizmu celowo próbują zaciemnić obraz sytuacji: łączą ze sobą jak najbardziej rozsądne działania leżące w dobrze pojętym interesie każdego człowieka i naturalne ludzkie odruchy życzliwości − z samopoświęceniem na rzecz ich ideologicznych celów. Grzmią przeciwko tym, którzy nie zgadzają się na bycie niewolnikiem wciąż poświęcającym się na ołtarzu nie swoich spraw, i nazywają takich ludzi niemoralnymi. Do jednego worka wrzucają ludzką życzliwość i chęć pomocy − z uznaniem człowieka za kozła ofiarnego. Ale tak naprawdę życzliwość i pomoc to nie jest domena altruistów. „Poświęcenieˮ, jakiego żądają altruiści, to zawsze poświęcenie wyższych wartości na rzecz niższych − albo na rzecz czegoś, co w ogóle nie jest dla człowieka wartością. Jeśli ktoś rezygnuje z kupienia sobie nowego telewizora albo roweru, albo biletu na wycieczkę zagraniczną, aby wesprzeć pieniędzmi przyjaciela, który znalazł się w finansowych tarapatach − to nie dokonuje samopoświęcenia i nie jest altruistą zgodnie z credo doktrynerów tej idei, ponieważ przyjaciel stanowi dla niego wyższą wartość niż to, z czego zrezygnował. Jeśli ktoś decyduje się pomóc koledze w przygotowaniach do egzaminu zamiast wybrać się na imprezę; spędzić czas ze swoim dzieckiem zamiast pójść do kina; przeznaczyć pieniądze na fundację leczącą chorych na raka zamiast kupić kabriolet − to nie dlatego, że „należy do ludzkościˮ, nie dlatego, że „poświęca swoich prawa i indywidualizmˮ, nie „czyni tego ze względu na obowiązki wobec współczesnychˮ ani nie „żyje dla innychˮ [jak chciałby Comte]. Robi to, ponieważ w swojej własnej, indywidualnej, „egoistycznejˮ hierarchii wartości ceni tego kolegę − albo swoje dziecko − albo osoby zmagające się z rakiem − wyżej niż imprezę, kino czy kabriolet. Doktrynerzy altruizmu chcieliby, aby wszelka pomoc jednego człowieka względem drugiego wynikała z przymusu (zewnętrznego lub wewnętrznego) − a nie z dobrowolnej decyzji osoby, której dane działanie również przyniesie korzyść. Nawet jeśli ta korzyść nie będzie materialna i przeliczalna na pieniądze, ale będzie duchowej bądź psychicznej natury.

Zwierzę ofiarne wykrwawiające się na ołtarzu „czegoś innegoˮ niż ono samo − oto wizja człowieka, jaką przedstawiają altruiści. A tam, gdzie ktoś się poświęca − muszą być też ci, na rzecz których się poświęca; tam, gdzie ktoś składa ofiarę − muszą być ci, którzy zbierają te ofiary. Beneficjenci altruizmu − ludzie głoszący społeczeństwu konieczność poświęcenia własnego „jaˮ na rzecz kolektywu − na dłuższą metę również stracą na przekształceniu ludzi w zwierzęta ofiarne (rozwinięcie tego tematu przekracza możliwości tak krótkiego tekstu), ale to ich nie obchodzi: interesuje ich to, że stworzyli społeczeństwo niewolników i ich nadzorców, sług i władców, ofiar i katów. I to oni chcą być nadzorcami, władcami i katami, a ułudna satysfakcja sprawowania kontroli nad „rządem duszˮ zastępuje im szacunek do samego siebie, własne ambicje i szczęście, którego wyrzekli się na rzecz władzy.

Kim są owi beneficjenci altruizmu? To wszyscy ci, którzy nie chcą i nie potrafią żyć i działać samodzielnie, niezależnie, dla siebie, a z innymi ludźmi wchodzić w uczciwe, obopólnie korzystne relacje. To duchowe i materialne pasożyty, które egzystują tylko dzięki temu, że mają na kim pasożytować. Wysysają siły życiowe ze swoich ofiar − za pomocą głoszenia fałszywych ideologii, oszustwa, manipulacji, a często po prostu sprawowania rządów brutalnej siły − i odbierają im owoce ich wysiłków. Człowiek taki może być pasożytem na małą skalę − jak ludzie całe życie liczący na innych i żyjący z państwowych zasiłków czy zapomóg, mimo że mogliby podjąć pracę − albo na wielką skalę − jak politycy, państwowi biurokraci czy biznesmeni nietworzący wartości na wolnym rynku, ale egzystujący wyłącznie dzięki państwowym subsydiom i układom z rządem.

Nie mylmy altruizmu z dobroczynnością ani nie uznawajmy go za jedyną słuszną zasadę moralną. Altruizm to kodeks moralny pasożytów, w którym człowieka traktuje się jak zwierzę ofiarne, naczelną zasadą czyni się poświęcanie siebie i własnych wartości na rzecz mistycznych i nieosiągalnych celów, a społeczeństwo dzieli się na ofiary i katów. To kodeks, którym żyło tak wiele społeczeństw w ciągu historii − i właśnie ten kodeks należy odrzucić, jeśli mamy dążyć do wolnego, bogatego, kwitnącego społeczeństwa, gdzie człowiek ma prawo dążyć do własnego szczęścia i osiągać je.

Mateusz Błaszczyk

Absolwent Wydziału Polonistyki i magistrant Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Z "fachu" redaktor językowy i korektor, z przekonania wolnościowiec. Sympatyk twórczości i myśli Ayn Rand. Miłośnik historii, zwłaszcza greckiego antyku i łacińskiego średniowiecza, podróży po Grecji i Włoszech, dobrej literatury oraz kiepskich filmów.

Więcej tekstów


FacebookYouTube

Może spodoba Ci się również...