Rekonstrukcja rządu

O rekonstrukcji rządu, jednowładztwie w PiS, nowym otwarciu – jak to się stało i dlaczego. Będzie troszeczkę teorii spiskowej, sporo faktów i moich własnych przemyśleń.

Dlaczego tekst napisałem dopiero kilka dni po tych wydarzeniach? Żeby mieć mnogość źródeł, z których mogę czerpać i aby opadły emocje, a każdy zdążył zorientować się w temacie.

„- Za co chcecie odwołać ten rząd? Za to, że Polacy dzisiaj godnie żyją? To was boli? To wam przeszkadza?”

Podczas swojego przemówienia Beata Szydło, co znamienne, kilkukrotnie nerwowo zerknęła w stronę ław swojej własnej partii. W kontekście późniejszych wydarzeń łatwo się domyślić, że mógł być to jej łabędzi śpiew jako premiera… Skierowany do Jarosława Kaczyńskiego. Opozycja od początku nie miała szans podać jej rządu do dymisji, nigdy w historii Polski taki zabieg się nie udał. Tak też i stało się i tym razem – jej partia poparła ją jednogłośnie, by kilka godzin później ją odwołać.

Dymisję jej rządu przyjął jednak najpierw komitet polityczny PiS, nie prezydent, jak przewiduje Konstytucja. Oprócz utarcia nosa Andrzejowi Dudzie, który pokornie zrobił to samo, miało to podkreślić władzę prezesa – który stoi i stał zawsze nad premierem, rządząc zakulisowo. Jeżeli ktokolwiek w swojej naiwności wątpił w to do dziś, został obdarty ze wszelkich złudzeń.

Beata Szydło była idealnym kandydatem na kampanię wyborczą, ale nie na rządzenie państwem. Brak obycia w świecie i solidnego wykształcenia, nieumiejętność odnajdywania się w mediach – rzucały się w oczy od początku. Była postacią z którą wielu Polaków łatwo mogło się identyfikować, taką ciocią Grażynką – jednak wraz z końcem kampanii a rozpoczęciem się faktycznych rządów, przestało być to zaletą, a stało się wadą.

Mimo że, moim skromnym zdaniem, wymiana Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego była planowana od dawna, być może już od dnia wygranych wyborów, nie mogli dać satysfakcji opozycji. Musieli pokazać, że nie mają żadnego wpływu na ten rząd, a tym samym na to, co się dzieje w Polsce. Choćby PiS i opozycja na chwilę i w jakiejś sytuacji chcieli zrobić to samo – to nie ma mowy o współpracy.

Skąd w ogóle pomysł, że wymiana była planowana dużo wcześniej, a nie dopiero, gdy świat usłyszał o rekonstrukcji rządu? Przyjrzyjmy się najpierw kim w ogóle jest Mateusz Morawiecki.

Człowiek o starannym wykształceniu, mówiący biegle po niemiecku i specjalista od prawa europejskiego. Błyskotliwa kariera, przez niemal wszystkie szczeble w bankowości, epizod z własną działalnością gospodarczą. Studiował na kilku europejskich uczelniach, swobodnie czuje się przed kamerą.

Dostał największe w historii III RP super-ministerstwo. Zajmowało się tak licznymi sprawami, że pod nim pracowało kilkunastu wiceministrów, zajmowali trzy potężne budynki. Czy tylko mi wygląda to jak namiastka rządu, którym w przyszłości miał kierować?

Warto przy tym zaznaczyć, że jego ministerstwo wraz z jego odejściem zostanie podzielone, gdyż tak szeroka struktura jest totalnie niepraktyczna – i wiadomo to nie od wczoraj.

Mateusz Morawiecki był człowiekiem mocno lansowanym, zarówno przez media jak i partię, niemal od początku. Cały plan gospodarczy PiS, nad którym pracowały przecież setki osób, został nazwany jego nazwiskiem – czyżby kontr-plan Balcerowicza? Niemniej jednak mimo hucznych zapowiedzi, PiS wprowadzał zmiany gospodarcze raczej opieszale. Czy to znaczy, że te komisje przespały dwa lata, że nie ma żadnych projektów ustaw? Skądże!

Projektów jest całe mnóstwo, a trwają intensywne prace nad kolejnymi. Cały pakiet nazwany „Konstytucją Biznesu” – mimo, że już gotowy – czeka na przegłosowanie i wprowadzenie w życie. Po co szykować takie projekty przez dwa lata i czekać na coś, nikt nie wie co, zamiast wprowadzać je systematycznie?

Otóż po to, żeby wprowadzić je masowo, wraz z nowym otwarciem, nowym premierem – który ma zapoczątkować dwa istotne zwroty w polityce PiS i jeszcze wzmocnić ich władzę.

Pierwszy zwrot, to zwrot proeuropejski. PiS jest partią pozornie sceptycznie nastawiona do UE, jednak silnie od niej uzależnioną. Zbyt wiele elementów Planu Morawieckiego opiera się o unijne fundusze i współpracę z tą instytucją, by pogrzebać to na rzecz populistycznych gierek, ku uciesze ich elektoratu. Po dwóch latach grania Unii na nosie, prawdopodobnie nastąpi zwrot, który będzie miał za zadanie poprawić nasze relacje z tą instytucją i Niemcami.

Warto przypomnieć znamienną scenę, w której Kanclerz Angela Merkel zwróciła się do Beaty Szydło, a ta nie odpowiedziała… nic. Nie znała niemieckiego, a w pobliżu nie było tłumacza. Nie zdziwiłbym się, gdyby Niemcy były pierwszym krajem odwiedzonym przez Morawieckiego, a za nimi inne europejskie potęgi, takie jak Francja czy Wielka Brytania.

Drugi zwrot będzie progospodarczy i proprzedsiębiorczy. Mateusz Morawiecki doskonale zdaje sobie sprawę, że reformy prosocjalne nie będą mogły być kontynuowane, jeżeli biznes w Polsce będzie się nieustannie zwijał. Stąd cały pakiet ustaw, z bardzo dobrymi zapisami, takimi jak „to, co nie jest zakazane, jest dozwolone” rodem z ustawy Wilczka. Moim zdaniem może to być faktycznie dobra zmiana. Po nasyceniu swojego elektoratu, PiS może zliberalizować swoją politykę gospodarczą.

Mimo pozytywnego akcentu na koniec, całość nie nastraja mnie pozytywnie. Oznaczać będzie to prawdopodobnie jeszcze lepsze wyniki w sondażach, ale PiS, wciąż będzie PiS-em. Partią zamordystyczną, która będzie deptać swobody i wolności obywatelskie, zwalczać niezawisłość sądów, osłabiać TK i SN, wprowadzać populistyczne reformy i zadłużać kraj na potęgę.

Oczywiście najbliższe miesiące zweryfikują na ile miałem rację, jednak odpowiedzi na część pytań i potwierdzenia postawionych w tekście tez, możemy nigdy nie poznać. Odpowiedzi na nie, może znać w końcu tylko Prezes, jednowładca Polski i Polaków.

Aleksander Serwiński

Blog i vlog około polityczny. Mówię jak mi się wydaje, że jest. Sprawy społeczne, gospodarcze, geopolityka i prawo okiem człowieka, który umiłował wolność.

Więcej tekstów - Strona autora


FacebookYouTube