Rand: Nowy Jork był studnią niesamowitych teoretyków » Obiektywizm.pl

Rand: Nowy Jork był studnią niesamowitych teoretyków

„Nowy Jork był studnią niesamowitych teoretyków” – wywiad z Ayn Rand (przeprowadzony na krótko przed jej śmiercią)

Redakcja: Miała pani niezwykłe szczęście – w Nowym Jorku zetknęła się pani z wieloma wybitnymi myślicielami.

Ayn Rand: Tak, nie sposób temu zaprzeczyć. Człowiek nie jest samotną wyspą, a Nowy Jork był studnią niesamowitych teoretyków. Ayn Rand, Ludwig von Mises, Murray Rothbard, Milton Friedman, Ayn Rand…

Redakcja: Do tego myśliciele z innych tradycji…

Ayn Rand: No i nie zapominajmy o Ayn Rand.

Redakcja: Nie o każdym jednak myśli dziś pani pochlebnie. Weźmy sobie chociażby tę scysję z Rothbardem. O co właściwie poszło?

Ayn Rand: Rothbard splagiatował mój ówczesny pomysł na obronę wolnego rynku. Próbował go bronić za pomocą praw naturalnych. A przecież to ja byłam przed nim. Nie rozumiem, czemu sędzia tego nie rozumiał. On się tego nauczył ode mnie, a potem gdy się na mnie obraził, bo wytknęłam mistycyzm jego żonie, to przestał dawać przypisy do moich publikacji. Trudno wyobrazić sobie bardziej podstępne, nieobiektywne, nieracjonalne i nieromantyczne zachowanie. No i do tego ten jego cały anarchizm.

Redakcja: No właśnie, zatrzymajmy się przy tym. Uważa pani, że państwo minimum jest koniecznością, choć jednocześnie jest pani przeciwniczką podatków. Tymczasem Rothbard poświęcił sporo miejsca na to, żeby pokazać, że prywatne agencje ochronne i ubezpieczeniowe będą w stanie dostarczać dobra publicznego, jakim jest prawo…

Ayn Rand: Cała ta jego argumentacja jest kompletnie nietrafiona, bo rozmija się całkowicie z racjonalną strukturą świata. Jestem obiektywistką i wierzę, że świat istnieje, to jest oczywiste i racjonalnie dowiedzione. A jest równe A i A nie może być nie A, jeśli jest A. Kiedy zorientuje się pan, że świat nie istnieje, proszę mi dać znać i to udowodnić, to ja dowiodę odwrotnie. A anarchizm kłóci się z racjonalną, obiektywną i niepodważalną strukturą świata.

Redakcja: Czyli z czym?

Ayn Rand: Z tym, że nie lubię komunistów, a prywaciarze i szopenfeldziarze nie będą chcieli ich ganiać po całym globie.

Redakcja: Czy nie jest jednak tak, że owa nieugruntowana perspektywa teoretyczna charakteryzuje się wysokim stopniem przeciwskuteczności?

Ayn Rand: Tego typu argumentacja przypomina mi znaną przypadłość, na którą całe życie chorował Hayek, czyli „łokieć keynesisty”. Hayek miał w swoim życiu bardzo ciekawe i konkretne przemyślenia (zwłaszcza wtedy, kiedy siedział na londyńskim dachu w 1944 r., a Hans Senholz próbował go w tym czasie zbombardować). Niestety, kiedy do nich siadał i próbował je spisać w prosty sposób, ujawniała się jego germańska natura. Łokieć zaczynał drżeć i zamiast napisać po ludzku, że nie można „mieć ciastka i zjeść ciastka”, to zmieniał się nie do poznania i musiał pisać o tym, że „ograniczenia możliwości produkcyjnych mają charakter intertemporalny”. Do tego ta jego ekonomia trynitarna, gdzie wszędzie wciskał swoje trójkąty; zawsze wyczuwałam w niej jakiś mistycyzm. Poza tym Hayek był dla mnie za bardzo utylitarny.

Redakcja: Jak Friedman…

Ayn Rand: Ten wyjątkowo mi przeszkadzał. Wszystko mu się kojarzyło z pieniądzem i nie miał nigdy wstydu, żeby o tym otwarcie pisać. Mi się wszystko kojarzy z czym innym, ale mam zahamowania, żeby o tym pisać. Friedman taki nie był. Friedman był inny. Wyróżniał się z tłumu, nie wzbudzał podejrzeń. Ot, taki chłopak z sąsiedztwa, którego nigdy nie można byłoby posądzić o czyny, z których potem zasłynął. To było widać, gdy tylko pojawiał się w pomieszczeniu. Jego utylitaryzm mi szczególnie przeszkadzał. Przez niego czasami żałowałam, że nie jestem utylitarystką, bo z punktu widzenia efektywnej ochrony praw jednostki najlepiej byłoby Friedmana wysłać przymusowo na Fidżi i nie pozwolić mu stamtąd nigdy wrócić.

Redakcja: A jak z Misesem? On również był utylitarystą.

Ayn Rand: Mises miał swoje za uszami, ale o nim nie będę mówić złych słów, bo znowu otrzymam pocztę pełną nienawiści. Już raz popełniłam ten błąd. Ludzie grozili mi w listach, że wykupią moje wszystkie książki z rynku i zaczną je przerabiać na banknoty Rezerwy Federalnej. Ralph Raico przebił mi opony w samochodzie, a Walter Block powiedział, że skseruje wszystkie moje książki, co już było skrajnym ekstremum. Tak masowej kradzieży nie byłabym w stanie znieść.

Redakcja: Przejdźmy może do bardziej drażliwego tematu. Jak skomentuje Pani ścieżkę kariery pewnego obiektywisty Alana Greenspana?

Ayn Rand: Anakin. Kiedy Rothbard przychodził do nas na prywatki, od początku go nie lubił. I wyszło niestety na to, że Rothbard miał znowu rację. Greenspan potrafił się dobrze kamuflować. Zupełnie inaczej niż Benjamin, który był zawsze szczery w swoich kolektywistycznych zapędach.

Redakcja: Szczery?

Ayn Rand: Pamiętam, że kombinował już jako dziecko, gdy wpadł do nas na pierwszą komunię Brandena. Dzieciaki, wiadomo, mają wysoką czasową preferencję, więc stopa procentowa jest bardzo wysoka. A wymieniały między sobą dzisiejsze ciastka w zamian za obietnicę ciastek w przyszłości. Dyskonto było ogromne, ale Benjamin się nie poddawał. Był bardzo bystry i inteligentny, całymi dniami chodził i kombinował. Twierdził, że w końcu znajdzie taki sposób, żeby pożyczyć od kogoś dzisiaj kilka ciastek, aby potem oddać ich mniej za parę dni.

Redakcja: Czyli bez ogródek już od dzieciństwa. W sumie trochę tak jak pani, zadeklarowana obiektywistka od trzeciego roku życia.

Ayn Rand: Można tak powiedzieć. Benjamin to w pewnym sensie odbicie mojej osoby. Zdradzał całego siebie już w czasach młodości. Jazda w jego samochodzie była prawdziwą mordęgą. Chłopak nagrał taśmę w kółko z hymnem West Ham United. Tylko na koniec dograł “Son of the Preacher”. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, o co chodziło z tym ostatnim.

Redakcja: Ostatnio zasłynęła pani kontrowersyjną tezą, że ekonomia jest istotniejsza od filozofii. Mocne słowa jak na filozofkę, etyczkę i doktrynerkę.

Ayn Rand: Panie Redaktorze, ekonomia to nasze sumienie i życie. To także światowe sumienie, dlatego trzeba postawić sobie nareszcie kilka pytań. Dlaczego wydawnictwa, a w efekcie czytelnicy, łożą tak olbrzymie sumy na czasopisma? Dlaczego autorzy piszą nie dla czasopism, tylko dla punktów? Dlaczego to nie autorzy, a wydawcy wyjeżdżają za granicę? Ja myślę, że tych pytań jest więcej i już pora sobie na nie konkretnie odpowiedzieć. Bo nikt za nas tego nie zrobi.

Redakcja: Dziękuję za rozmowę.

Wywiad powstał dzięki środkom z Europejskiego Funduszu Socjalnego w ramach programu „Aktywizacja kobiet po pięćdziesiątym roku życia na rynku pracy”.

Wywiad opublikowano pierwotnie pierwszego kwietnia 2013 r. na www.Mises.pl 😉

Może spodoba Ci się również...