Marsz jest możliwy, choć konsensus niekonieczny. [POLEMIKA]

Zgadzam się z większością wpisu Karola Zdybla opublikowanego w poniedziałek. Nie ma, nie może być i de facto nie musi być żadnego konsensusu między libertarianami ani szeroko rozumianymi wolnościowcami, ani między przedstawicielami jakiegokolwiek nurtu ideowego czy politycznego, jeśli chodzi o estetykę i sztukę − mało tego: moim zdaniem byłoby źle, gdyby taki konsensus istniał, ponieważ znacząco ograniczałby szeroki wachlarz środków artystycznych możliwych do wykorzystania.


 

 

Tyle, że nie zgadzam się z ostatnim zdaniem: to, że taki konsensus co do estetyki, a nawet moralności, „wydaje się nie do pomyślenia”, nijak nie sprawia, że nie do pomyślenia jest realizacja „marszu przez kulturę”. Jest wręcz przeciwnie: WŁAŚNIE DLATEGO, że poszczególni ludzie (w tym poszczególni libertarianie) często tak DIAMETRALNIE różnią się co do preferowanej estetyki, gustów artystycznych, ulubionych gatunków literatury/filmu, poczucia smaku (lub jego braku…) − sprawia, że marsz przez kulturę może i powinien odbywać się w różnych kierunkach jednocześnie, na wielu płaszczyznach i licznymi drogami. Każdy może dokładać swoją cegiełkę tam, gdzie chce, i w taki sposób, w jaki potrafi. Nie musi (moim zdaniem: nie powinno) być żadnej jednej „linii programowej”, żadnych sztywnych odgórnych „wytycznych”, żadnego „koordynowania” tego wszystkiego przez jakąś „strategię” (czyją…?).

Marsz przez kulturę to nie strategia − to po prostu jedna z proponowanych przeze mnie dróg działania, którą uważam za słuszną, potrzebną i efektywną, a którą każdy może podążać tak daleko, jak chce i potrafi, i w taki sposób, w jaki jest w stanie. Nie jest to ściśle zaplanowana akcja wymagająca odgórnej koordynacji, dokładnych i jednoznacznych planów działania, „jedynej słusznej” linii programowej ani nawet jednego lidera.

 

Mówiąc krótko: szczerze zachęcam, aby − kto tylko może i potrafi − działał w obszarze szeroko rozumianej kultury, w tej dziedzinie, na której się zna i w której jest w stanie dać z siebie najwięcej − i PRZY OKAZJI za pośrednictwem swojej (takiej czy innej) twórczości promował kultywowane przez siebie idee. Nie jako nachalną, siermiężną, toporną, łopatologiczną propagandę − ale jako podskórne przesłanie, tak jak robi to wielu twórców reprezentujących inne idee. Czyli: ktoś, powiedzmy, pisze zbiór opowiadań − nie musi (moim zdaniem: nawet nie powinien) używać w nim słów związanych z teoretycznymi założeniami jakiejś wolnościowej filozofii, ale treść albo estetyka (albo i jedno, i drugie) może być związana z ideami, które uważa za słuszne. Jeden twórca napisze realistyczne opowiadanie obyczajowe dziejące się w dzisiejszej Polsce, drugi powieść science fiction umieszczoną w odległej przyszłości, trzeci prosty-lekki-i-przyjemny komiks opublikowany w „Nowej Fantastyce”, a czwarty surrealistyczny tekst niewpisujący się w żadną konkretną konwencję. Ci twórcy będą promować taki nurt i taką wizję wcielonych w życie abstrakcyjnych idei wolnościowych, jakie uznają za słuszne. Ale jednak BĘDĄ to robić  − a na razie nie widzimy takiej działalności niemal w ogóle, a to można i warto moim zdaniem zmienić

Każdy twórca szeroko rozumianej kultury sprawdza się w innej dziedzinie − i każdy znajduje swoich odbiorców w innej dziedzinie i estetyce. I to akurat DOBRZE, a nie ŹLE. Nijak to nie przeszkadza w proponowanym przeze mnie marszu przez kulturę − a nawet go UŁATWIA i czyni możliwym.

 

Moim zdaniem ci, którzy potrafią i są w stanie, powinni tworzyć (takie czy inne) przede wszystkim DOBRE (na tyle wartościowe w swojej kategorii, na ile są w stanie), cenne, ciekawe same w sobie dzieła, a dodatkowo przekazywać za ich pośrednictwem pewne idee − nie na odwrót. Podkreślam jeszcze raz: nie ma gorszego sposobu na zniechęcenie kogoś do jakichś idei niż siermiężna, toporna, łopatologiczna propaganda w stylu socrealistycznego bełkotu.

 

Należy tworzyć, jeśli ktoś chce i umie, jak najlepiej się potrafi − przy okazji przekazywać swoje przesłanie (jakkolwiek górnolotnie by to nie brzmiało) − i robić w tej „działce” sztuki, w takiej estetyce i takim stylu, jaki człowiekowi najbardziej leży. Żadna odgórna koordynowana strategia, ujednolicanie i urawniłowka w marszu przez kulturę nie są potrzebne – a nawet nie są wskazane.

Mateusz Błaszczyk

Absolwent Wydziału Polonistyki i magistrant Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Z "fachu" redaktor językowy i korektor, z przekonania wolnościowiec. Sympatyk twórczości i myśli Ayn Rand. Miłośnik historii, zwłaszcza greckiego antyku i łacińskiego średniowiecza, podróży po Grecji i Włoszech, dobrej literatury oraz kiepskich filmów.

Więcej tekstów

Może spodoba Ci się również...