„Ludzie bezdomni” w świetle romantyzmu

„Ludzie bezdomni” Stefana Żeromskiego nie są dobrą książką. Nie no, przepraszam. To tak jakby powiedzieć, że Adolf Hitler nie był filosemitą. Ta zbrodnia drukarska jest okropna i to ze względu zarówno na fabułę, jak i warsztat literacki. O tym drugim krótko – powieść obfituje w przydługawe, zbędne opisy przyrody i charakteryzację bohaterów niemających większego znaczenia dla przedstawionej historii. Jeżeli chodzi zaś o fabułę, to skupmy się na głównym bohaterze.

Tomasz Judym to młodzieniec pochodzący z szewskiej rodziny,  z którym zapoznajemy się na kartach powieści w momencie, gdy w Paryżu kończy swoje studia medyczne. Niby nie wstydził się swojego pochodzenia, ale też nie czuł się komfortowo, gdy był o nie pytany. Jego rodzice wcześnie zmarli i był wychowywany przez ciotkę, która co prawda zapewniła mu jakąś edukację, ale traktowała go bardzo źle i ten brak miłości odcisnął piętno na kształtującym się poczuciu własnej wartości młodzieńca. Judym już na zawsze miał pozostać niedowartościowanym przegrywem, czego dowiadujemy się całkiem wcześnie i w czym utwierdzamy się przez całą lekturę.

Tomek, napędzany zazdrością i nienawiścią wobec świata ludzi kochanych i majętnych, postanowił zostać Prometeuszem i pomóc biednym, chorym, głodnym masom. Jednak — jak na niewyrobiony, zdeformowany czy wręcz okaleczony umysł przystało — nie potrafił dobrać środków do osiągnięcia swoich celów i pozostawał całe życie w świecie własnych urojeń. Tomuś nie wiedział, że poprawa jakości życia robotników pojawi się wraz z akumulacją kapitału. Jakby poczytał żyjącego za jego czasów Bastiata, to wiedziałby, że trzeba patrzeć nie tylko na to, co widać bezpośrednio, lecz także na dalekosiężne skutki. Zamknięty w swoim dziecięcym myśleniu, głosił, że nie można służyć mamonie, ale nie były to słowa o sensie nadanym im przez Chrystusa, a de facto nienawiść ukierunkowana na przemysłowców. A skoro odrzucał przemysłowców, to odrzucał też filantropię. Ekstrapolował swoją marność i swoje braki osobowościowe na całą populację i uznał, że altruizm będzie dobrym sposobem życia dla każdego. Nie widział zatem niczego złego w twierdzeniu, że obowiązkiem przemysłowców jest opiekować się swoimi pracownikami. W świecie pozbawionym miłości własnej Judym miałby okazję czuć się względnie dobrze. Swoją wewnętrzną pustkę łatałby altruizmem innych. Samospalanie ofiar ku czci „innego”, ku czci Judyma, nadałoby wreszcie sens jego marnej egzystencji. Oczywiście Tomuś nie wyobraża sobie tego w ten sposób i głosi walkę o pomyślny byt robotników. Przyznanie się do swoich najgłębszych zamiarów przerosłoby jego niepełnosprawny umysł. Nie można w ułamku chwili nabrać szacunku do samego siebie, więc moment konfrontacji z własnym „ja” niechybnie skończyłby się samobójstwem.

To ogólna i prawie kompletna charakteryzacja Judyma, ale spróbujmy dodać coś jeszcze, podpierając się fragmentami powieści. Mamy judymowe przemyślenia o centralnym planowaniu i zwalczaniu uprzemysłowienia miast, co jest wyrazem jego etatystycznych, prymitywistycznych marzeń o życiu w zdrowej biedzie. Mamy wgląd w tomaszowe myśli, gdy w Warszawie obserwuje tłum mieszczan i w przypływie nienawiści do samego siebie wyobraża sobie ów tłum jako obrzydliwe mrowisko, którego nie chce być częścią. On jest przecież Prometeuszem, a nie jakimś tam filistrem!
Potem następuje jego odczyt, na którym stwierdza, że lekarze powinni zakazać ludziom szkodzenia sobie. Potężny Atlas-Judym może przecież wszystko! Jednak prawdziwy Judym w środku tomkowej głowy to płaczliwy pizduś, więc „wszystko” polega głównie za zakazywaniu. Oczywiście nie wszyscy lekarze to idioci, więc masakrują go, a Tomuś zaczyna żałować swojego odczytu. W końcu ideały ideałami, ale najważniejsza jest akceptacja innych! Inaczej niepołechtane ego wywołuje olbrzymi dyskomfort.

W Warszawie Judym nie robi kariery. Pojawia się Węglichowski, który oferuje mu pracę w Cisach. Oczywiście nie od razu, ale Judym zgadza się ją podjąć, po czym w myślach natychmiast atakuje sam siebie za to, że jest filistrem i karierowiczem, skoro choć raz zaczyna żyć obiektywnymi zasadami, a nie swoimi altruistycznymi urojeniami.

W Cisach, gdy spojrzał na naturę, zaczerpnął z niej siłę i inspirację, bo „zjednoczył się z nią” na panteistyczną modłę. Tylko że to siła do pracy altruistycznej, do dawania siebie innym, do zatracenia się. To uczucie wytworzyło u niego po chwili myśl, że może się odwdzięczyć za „przyjęcie go do kultury” z motłochu. Nie jest dumny ze swoich osiągnięć, uważa się za wypadkową czynników zewnętrznych. Tak naprawdę to nie była radość z możliwości podjęcia się produktywnej pracy i spełniania, a radość z możliwości zapomnienia o swojej marności.

W Cisach poznaje też „towarzystwo”. Zachwyca się Karbowskim tj. próżniakiem, hazardzistą i bawidamkiem oraz kobietą, która była zainteresowana czymś tak plugawym jak ów Karbowski z niezwykle wysoką preferencją czasową.

Długo tam jednak nie zabawił i wyjechał do Zagłębia. Tam Żeromski umieścił wisienkę na tym zatrutym torcie. Do Judyma przyjechała jego narzeczona, Joanna Podborska, po długim czasie niewidzenia. Spytał ją gdzie zamieszkają, odświeżając jej uczucie, po czym stwierdził, że ożenek z nią byłby rzekomo zdradą idei i niespłaceniem „długu” wobec społeczeństwa. Jest to zupełny brak poszanowania dla jednostkowego szczęścia, już nie tylko swojego, ale rzekomo bliskiej mu osoby i czyste skurwysyństwo.

Widzicie już, że nie przesadziłem na początku. Im dalej zagłębiałem się w tekst, tym bardziej rozluźniłem poziom szczegółowości, bo odświeżanie sobie tego festiwalu upodlenia zbliżało moją duszę do emocjonalnych mdłości. Judym to postać skrajnie niemoralna i altruista par excellence. Zupełnie odstające od reszty utworu fragmenty o zachwycie nad pracą brata, o niechęci do wydawania niezarobionych pieniędzy czy absurdalnej siły woli przejawiającej się w czekaniu miesiącami na klientów w Warszawie nie mogą być potraktowane poważnie – to świadectwo, że Żeromski jest kiepski zarówno jako pisarz, jak i psycholog. Jedynym, co człowiek uzbrojony w racjonalną filozofię może wynieść z tego obyczajowego Necronomiconu, jest idealne zobrazowanie, że osoba, która pozbawia się miłości, nie może jej tak naprawdę nieść innym. Jednakże lepiej sięgnąć po „Lenina” Ossendowskiego, bo tam — poza tym, że postać mogłaby powiedzieć po judymowemu: „Nie mogę mieć ani ojca, ani matki, ani żony, ani jednej rzeczy, którą bym przycisnął do serca z miłością, dopóki z oblicza ziemi nie znikną te podłe zmory (…)” — otrzymujemy też przekonującą charakteryzację postaci, mnogość faktów historycznych i uzasadnioną, edukującą trwogę miast obrzydzenia.

Adrian Łazarski

Wolnościowiec i zwolennik romantyzmu w sztuce.

Więcej tekstów - Strona autora

Może spodoba Ci się również...