F.A. Hayek – Droga do zniewolenia. Recenzja

Fryderyk August von Hayek opublikował Drogę do zniewolenia w 1944 roku, więc z tematyką nazistowską był zdecydowanie na bieżąco. Tytuł doczekał się kilkudziesięciu wydań w kilkunastu językach i zaczytywały się w nim pokolenia, co – mam nadzieję – nie zmieni się w ciągu następnych dekad.

Powiedzieć, że ta książka traktuje o tym, jak państwowe regulacje prowadzą do socjalizmu, to jest jak nie powiedzieć niczego. Mnogość występujących w niej wątków; te wszystkie rozdziały i cytaty, sumujące się w szeroki, horyzontalny obraz problemu – zdecydowanie wymagają trochę więcej uwagi.

Jedną z ciekawszych rzeczy jest przedstawienie ogólnego zarysu historii liberalizmu, z którego najważniejszą myślą wydaje mi się to, że przekształcanie się sztywno zhierarchizowanego systemu w taki, w którym człowiek choć częściowo może kształtować swoje życie, jest ściśle związane z rozwojem handlu. Duch liberalizmu ruszył z miast północnych Włoch przez Francję i południowo-zachodnie Niemcy, aż dotarł do Niderlandów i Wielkiej Brytanii, gdzie zaczął się rozwijać i stawać podstawą życia społecznego i politycznego. Stąd w dojrzalszej formie zaczął się rozprzestrzeniać znowu na Wschód, na Zachód do USA i do centrum Europy, gdzie wojny i ucisk polityczny zniszczyły wcześniejsze zalążki podobnego rozwoju. Kluczowym momentem rozwoju liberalizmu jest według Hayeka wiek XIX, który zaowocował wśród mas poczuciem panowania nad własnym losem i wiarą w nieskrępowane możliwości jego polepszenia. Problem pojawił się, gdy ludzie przyzwyczaili się już do liberalizmu:

Liberalizm zaczął być uważany za doktrynę »negatywną«, ponieważ mógł zaproponować poszczególnym jednostkom niewiele więcej ponad udział w ogólnym postępie, który coraz bardziej uważano za coś naturalnego, a przestano uznawać w nim rezultat polityki opartej na wolności.

Jak wyglądała sytuacja liberalizmu w Republice Weimarskiej i Trzeciej Rzeszy? Zdecydowanie źle, i o tym można krótko. Panował nastrój tak skrajnie antyliberalny, że udzielał się wszystkim przebywającym w tym czasie w Niemczech. Studenci wracający z Europy do Anglii i Stanów nie wiedzieli często, jak powinni się identyfikować (w latach trzydziestych młody komunista mógł stać się nazistą i odwrotnie z dużą łatwością), ale pewni byli swojej nienawiści do liberalnej cywilizacji Zachodu.

W ogóle handel, czyli podstawa Zachodu, był postrzegany jako zajęcie gorszej kategorii. Handlarz nie ryzykuje życiem jak wojak ani nie wytwarza niczego jak rolnik czy rzemieślnik. Niechęć do tego zawodu w Niemczech i Austrii sprawiła, że handlarzami zostawali Żydzi, którzy byli praktycznie wyłączeni z wykonywania bardziej prestiżowych profesji. W taki sposób w niemieckiej mentalności Żyd stał się kapitalistą, do czego jeszcze zaraz nawiążę.

Najwięcej rozdziałów jest o socjalizmie. Ogólnie rzecz biorąc miał on w Niemczech bardzo długą tradycję i było wiele „wydań” tej ideologii, która – w mniejszym lub większym stopniu – zdobyła serca mas. Jednak – poza uzwiązkowieniem życia społecznego i uprzywilejowaniem pewnych grup – niemożliwe było wprowadzenie socjalistycznej utopii metodami demokratycznymi, choć i tak pewne sukcesy socjalistów wynikały z porzucenia liberalnego elementu marksizmu, jakim jest internacjonalizm. Drugim krokiem ku zwycięstwu byłoby odrzucenie demokracji, czego przed Hitlerem nikt nie odważył się zrobić; co więcej, do ostatniej chwili uważano, że da się to wszystko jeszcze jakoś odkręcić, stąd Hitler nie napotkał zbyt wielkiego oporu.

Czy ja właśnie zasugerowałem, że Hitler był socjalistą? Jak najbardziej – i Hayek pisze o tym wprost. Czysto socjalistyczni myśliciele torowali drogę nazizmowi:

Jest rzeczą znamienną, że najważniejsi prekursorzy narodowego socjalizmu: Fichte, Rodbertus i Lasalle, są zarazem uznanymi ojcami socjalizmu.

Robili to też zwyczajni karierowicze jak Werner Sombart, o którym Mises w swoich Wspomnieniach pisał tak:

Zawsze szukał poklasku szerokiej publiczności. Pisał bzdury, gdyż mógł dzięki nim liczyć na duży sukces. Był niesłychanie utalentowany, a mimo to nigdy nie zechciał na serio myśleć i pracować. Cierpiał na ciężką chorobę zawodową niemieckich profesorów, manię wielkości. Gdy było modne bycie marksistą, przyznawał się do bycia marksistą. Gdy Hitler przejął ster, pisał, że Führer otrzymuje przykazania od Boga.

Dzięki wysiłkom takich ludzi „Państwo uległo procesowi socjalizacji, socjaldemokracja zaś przeszła przez proces nacjonalizacji” – pisze Hayek.

Zresztą to nie jest tak, że tylko Hayek coś takiego sobie napisał. Sam Hitler głosił, że jego państwo jest zarówno prawdziwą demokracją, jak i prawdziwym socjalizmem. W jednym z wystąpień w lutym 1941 roku stwierdził, że „narodowy socjalizm i marksizm są zasadniczo tym samym”. Warto w tym momencie zwrócić uwagę jeszcze na kwestię stosunku do liberalizmu, już wcześniej częściowo omówioną:

Hitleryzm posuwa się nawet tak daleko, że rości sobie pretensje do roli protektora chrześcijaństwa, i jest zastraszającym faktem, że nawet ta niewybredna mistyfikacja zdolna jest wywrzeć pewne wrażenie. Lecz jeden fakt wyróżnia się z całkowitą wyrazistością w całej tej mgle: Hitler nigdy nie rościł sobie pretensji do reprezentowania prawdziwego liberalizmu. Liberalizm wyróżnia się jako doktryna najbardziej przez Hitlera znienawidzona.

Nienawiść ta nie zapisała się jakoś wyraźniej w historii, bo nie miała okazji – gdy Hitler doszedł do władzy, to liberalizm w Niemczech był już faktycznie martwy.

Możesz się zastanawiać, Czytelniku, jak odseparowano te liberalne elementy od socjalizmu i jak wciśnięto tu nacjonalizm, który dla większości socjalistów jest jednym z głównych wrogów? Zobaczmy znów, co ma do powiedzenia autor na ten temat:

Bez wątpienia żaden czynnik ekonomiczny nie pomógł tym ruchom [faszyzmowi i nazizmowi – przyp. mój] bardziej niż zazdrość niezamożnych reprezentantów wolnych zawodów, inżynierów czy pracowników z wyższym wykształceniem, w ogólności »proletariatu w białych kołnierzykach«, żywiona w stosunku do kolejarzy, zecerów i innych członków najsilniejszych związków zawodowych, których zarobki wielokrotnie przekraczały ich własne.

Narodowy socjalizm to socjalizm „klasy średniej”, która z racji wcześniejszych cząstkowych sukcesów socjalizmu przestała być de facto klasą średnią. Dodać do tego wspomniany wcześniej wątek Żydów dominujących w handlu i nagle widać, jak łatwo było wzbudzić antykapitalistyczny resentyment, w którym miejsce „plutokratów” zajęła określona nacja. Widać tu też wyraźnie, na przykładzie wcześniejszych socjalistów, jak i ich narodowych następców, że nie da się w realistyczny sposób przedstawić programu kolektywizmu nieograniczonego do jakiejś konkretnej grupy. Generalnie kolektywizm też otrzymuje w książce osobne rozdziały, ale są to raczej oczywistości dla każdego ciekawego świata absolwenta szkoły średniej, niezaczadzonego kolektywistyczną ideologią. Gdybym miał wybrać z tego tematu najistotniejszą myśl, to byłoby to zaznaczenie, że nie istnieje dosłownie nic, czego nie wolno uczynić konsekwentnemu kolektywiście, jeśli służy to dobru ogółu, ponieważ to właśnie to dobro stanowi jedyne kryterium tego, co kolektywista powinien uczynić. Spotkaliście się już z tak krótkim i celnym wyjaśnieniem bestialstwa totalitaryzmów? Ja chyba nie. Dygresja zaczęła gonić dygresję, więc skorzystam z okazji i dodam jeszcze, że Hayek słusznie zwraca uwagę na eschatologiczne wątki międzynarodowego i narodowego socjalizmu i ich ogólne upodobnienie do religii:

intensywność przeżyć moralnych wzbudzanych przez ruch taki, jak narodowy socjalizm czy komunizm, może być porównana jedynie z wielkimi ruchami religijnymi w dziejach.

Przywróćmy jednak ten tekst do jakiegoś porządku. Kolejną kwestią, którą chciałbym poruszyć, jest krytyka klimatu intelektualnego, przeplatająca się dość często z tematem socjalizmu i planowania. Narodowy socjalizm nie napotkał zbyt wielkiego oporu ze strony przedstawicieli nauk społecznych, choć i tak był on zdecydowanie większy niż ze strony przyrodników, którzy zupełnie nie orientowali się w ekonomii i planowanie brzmiało dla nich kusząco. Zrodziło to potworki w postaci licznych pseudonauk, cenzury i zwalczania autentycznej nauki, uprawianej przez Żydów. Najbardziej zapadły mi w pamięć Fizyka nordycka i krytykowanie teorii względności jako żydowskiego spisku, ale oczywiście największym możliwym zabobonem było obstawanie za centralnym planowaniem. Hayek uważał, że:

Życie intelektualne polega na wzajemnym oddziaływaniu jednostek posiadających odmienną władzę i różne poglądy. Rozwój rozumu jest procesem społecznym opartym na istnieniu takich właśnie różnic. Z samej swej istoty rezultaty tego procesu nie są możliwe do przewidzenia. (…) „Planowanie” czy „organizowanie” rozwoju rozumu, a co za tym idzie, postępu w ogóle, zawiera w sobie sprzeczność. Pogląd, że umysł ludzki powinien „świadomie” kontrolować swój własny rozwój, myli rozum indywidualny, który jako jedyny może cokolwiek „świadomie kontrolować”, z międzyosobniczym procesem, dzięki któremu rozwój ten zachodzi.

Ten nacisk socjalistów na planowanie spotkał się z uznaniem szerokich mas, które nie są w stanie pojąć procesów rynkowych i postrzegają je jako właśnie brak decyzji jakiejś świadomej istoty. Hayek nazwał to „niepełnym, a więc błędnym racjonalizmem” i takie błędne przekonanie o swoich racjach komentuje bogato w swoich innych książkach.

Tak oto dotarliśmy do planowania! Oficjalnym celem centralnego planowania jest sytuacja, gdy człowiek jest celem, a nie środkiem, ale nie sposób wziąć pod uwagę wszystkich indywidualnych upodobań, więc w praktyce człowiek staje się środkiem dla tak abstrakcyjnych celów, jak „dobrobyt społeczny” czy „dobro społeczności”. Skale wartości mogą istnieć tylko w umysłach jednostek, a to oznacza, że istnieją tylko skale cząstkowe i są one z konieczności różne i często niezgodne ze sobą. Faktycznie funkcjonująca gospodarka planowa, ma więc też charakter nakazowy i opresyjny.

Odrzucenie kalkulacji ekonomicznej rodzi problemy nie tylko natury praktycznej, takie jak niedobory towarów w sklepach, lecz także teoretyczne. Ma być jeden planista czy kilku? Zazwyczaj zaczyna się od kilku, ale mają oni problem ze skoordynowaniem swoich zupełnie różnych planów dla różnych gałęzi gospodarczych i dla opanowania tego chaosu wysuwana jest potrzeba powołania jednego „dyktatora gospodarczego”, szybko stającego się dyktatorem par excellence:

Kontrola ekonomiczna nie jest po prostu kontrolą jakiegoś wycinka ludzkiego życia, który da się oddzielić od całości; jest to kontrola środków niezbędnych do osiągnięcia wszelkich naszych celów.

Nie jest więc prawdą, że władza centralnego organu planowania „nie byłaby większa, niż suma władzy sprawowanej przez prywatne rady dyrektorów”. jak twierdził przywołany przez Hayeka Lippincott we wstępie do książki Oskara Langego, bo dyrektorzy prywatnych firm mogą mieć różne cele i je realizować na swój sposób, a przy centralnym planie wszystkim narzucona zostania jedna wizja działalności gospodarczej.

Socjaliści deklarują często, że chcą uniknąć totalitaryzmu za pomocą dyskusji parlamentarnej. Jednakże według Hayeka dyskusja parlamentarna służy oficjalnemu odpieraniu zarzutów, zapobieganiu nadużyciom i niewielkim poprawkom prawa. Nie można zarządzać za jej pomocą, bo sprowadza się to do wyboru osób z władzą absolutną:

Przekazywanie szczegółowych zadań technicznych odrębnym ciałom, jeśli ma charakter stały, stanowi (…) pierwszy krok w procesie, w którym demokracja, wdawszy się w planowanie, stopniowo wyzbywa się swej władzy.

Lepszym sposobem chronienia wolności są dla niego rządy prawa:

rząd we wszelkich swych działaniach związany jest regułami, które wcześniej zostały ustalone i ogłoszone. Są to reguły, które pozwalają przewidzieć z dużym stopniem pewności, w jaki sposób władza użyje uprawnień do stosowania przymusu w danych okolicznościach, a także umożliwiają na podstawie tej wiedzy planowanie własnych indywidualnych spraw.

Na koniec książki Hayek przedstawia swoje rozważania na temat rządów prawa na poziomie międzynarodowej federacji, która miałaby być wyższą formą zabezpieczania liberalizmu. Temat jest tylko liźnięty i jako libertarianin powinienem programowo się nie zgadzać, ale w przypadku Polski zdaje się to działać i Unia Europejska chroni Polaków przed ich nieudolnymi i chciwymi przywódcami, więc jest to zdecydowanie coś godnego przemyślenia.

Podsumowując: demokracja bez rządów prawa prowadzi do częściowego socjalizmu, a ten może zostać w pełni urzeczywistniony przez środowiska, gotowe zerwać z ideami demokratycznymi, gdy tylko sformułują przekonujący, kolektywistyczny program o charakterze ekskluzywnym, trafiający do mas wiecznie pogrążonych w jakimś resentymencie. Narodowy socjalizm to socjalizm „proletariatu w białych kołnierzykach” i jego nacjonalistyczny wydźwięk ma charakter przypadkowy i doraźny. Poprzednicy nazistów nie byli przeciwni

socjalizmowi obecnemu w marksizmie, lecz elementom liberalnym, jakie są w nim zawarte, jego internacjonalizmowi i demokracji. Gdy zaś stopniowo okazywało się, że to właśnie te elementy stanowią przeszkodę w realizacji socjalizmu, socjaliści z lewego skrzydła zaczęli coraz bardziej zbliżać się do socjalistów z prawicy.

Droga do zniewolenia ma głównie socjologiczny charakter, ale wyjaśnia też dużo w sprawie centralnego planowania i problemu wiedzy w socjalizmie, więc i miłośnicy ekonomii się nie zawiodą. Mimo trudnego języka i upłynięcia 75 lat od pierwszego wydania, nadal jest to lektura obowiązkowa dla każdego, kto chciałby zrozumieć otaczający go świat, bo opisane w niej mechanizmy nigdy nie stracą na ważności (a przynajmniej nie w najbliższym czasie). Minusem mogą być dla niektórych ukłony Hayeka w stronę socjaldemokracji, ale nie wpływa to jego na bezlitosną krytykę socjalizmu, a nawet dodaje jej mocy. Zdecydowanie polecam.

Adrian Łazarski

Wolnościowiec i zwolennik romantyzmu w sztuce.

Więcej tekstów - Strona autora

Może spodoba Ci się również...