Dlaczego adaptacje filmowe powieści Ayn Rand są tak słabe?

Autor: Jakub Konończuk
Redakcja językowa i korekta: Mateusz Błaszczyk


Ekranizacje powieści Ayn Rand nie należą do udanych. Zaczynając od przeciętnego The Fountainhead, a na okropnym Atlasie zbuntowanym kończąc – każda próba przeniesienia twórczości Rand na srebrny ekran kończyła się niepowodzeniem. Co jest tego przyczyną? Czy zawodzi reżyser, ograniczony budżet czy może źle dobrani aktorzy? Okazuje się, że żadna z tych rzeczy nie jest największą przeszkodą w stworzeniu co najmniej dobrej adaptacji prozy Ayn Rand. Tym, co naprawdę uniemożliwia to zadanie, jest przyjęta przez pisarkę konwencja.

Mam na myśli fakt, że dane rozwiązania sprawdzają się tylko w określonej formie. Niech za przykład posłuży nam tutaj bardzo charakterystyczny gatunek filmowy bądź teatralny, jakim jest musical. Zgodnie z konwencją w trakcie trwania musicalu postaci zaczynają, z pozoru spontanicznie, śpiewać i tańczyć. Zazwyczaj wtórują im w tym przypadkowi przechodnie czy osoby trzecie. W tym miejscu pytam się Ciebie, drogi czytelniku: czy możliwym jest przeniesienie musicalu na kartki powieści czy noweli? W jaki sposób pisarz odda melodię piosenek czy rytm tańców występujących w danym filmie? Oczywiście możliwym jest „usunięcie” tego typu elementów, jednak w ten sposób pozbawia się dzieło jego esencji – tego, co czyni je wyjątkowym. Po obdarciu musicalu przeniesionego na karty powieści z jego najważniejszego elementu, to jest muzyki, zostaje nam tylko przeciętna historia i przerysowani bohaterowie, wręcz groteskowi w swoim postępowaniu. Innymi słowy: dostajemy wówczas okropną książkę.  

Cechą charakterystyczną dwóch najważniejszych dzieł Ayn Rand, a więc Źródła oraz Atlasa zbuntowanego, są niezwykle długie dialogi, wyidealizowani bohaterowie oraz patos. O ile z pokazaniem na klatkach filmu tego ostatniego nie ma zbyt dużego problemu, o tyle z pozostałymi elementami sprawa nie wygląda już tak prosto. Niektóre fragmenty, takie jak licząca około 70 stron przemowa Johna Galta czy też część rozmów między bohaterami, są niemożliwe do pokazania w całości za pomocą medium filmu. Twórcy ekranizacji Atlasa zbuntowanego doskonale zdawali sobie z tego sprawę i skrócili poszczególne wypowiedzi do absolutnego minimum. Poskutkowało to, tak jak w przypadku przywołanego wyżej przykładu musicali, zniszczeniem esencji pierwowzoru. Kolejny problem stanowią specyficzni bohaterowie wykreowani przez Ayn Rand. Postaci takie jak Howard Roark, John Galt czy Francisco d’Anconia są na wpół symboliczne. Reprezentują wizję człowieka (zdaniem Rand) idealnego. Dobranie odpowiednich aktorów do takich ról jest niezwykle trudne, żeby nie powiedzieć: niemożliwe.

Warto zaznaczyć, że dzieła Ayn Rand nie są jedynymi utworami, których ekranizacja stanowiła nie lada problem. Przykładem mogą być tutaj chociażby klasyczne powieści grozy takie jak Dracula czy Frankenstein, które pisane były w formie epistolarnej. Oznacza to, że zamiast typowej narracji mieliśmy do czynienia z przekazywaniem historii za pomocą listów czy dzienników. Utrudniało to pracę reżyserom, którzy podjęli się zadania przeniesienia wymienionych wyżej pozycji na srebrny ekran. Należy jednak podkreślić, że w wielu przypadkach efekty ich pracy były więcej niż zadowalające. Było to jednak w dużej mierze spowodowane tym, że twórcy pozwolili sobie na dość duże zmiany względem materiału źródłowego. Sztandarowym przykładem może być tutaj Bram Stoker’s Dracula z 1992 roku, który wywrócił klasyczną opowieść do góry nogami i pokazał nam tytułowego wampira jako postać na wpół tragiczną. O ile w przypadku powieści (jakby nie patrzeć) rozrywkowych taka praktyka jest dopuszczalna, o tyle w powiastce filozoficznej takie zmiany mogłyby zniekształcić pierwotną formę, a to sprawiłoby, że hipotetyczna ekranizacja zaburzyłaby przekaz pierwowzoru.

Czy fani książek Ayn Rand nie mają zatem co liczyć na porządną adaptację na ich podstawie? Nie byłbym aż tak pesymistyczny. Oczywiście możliwym jest, że ani Źródło, ani Atlas zbuntowany nie doczekają się porządnej ekranizacji. Być może jednak prędzej czy później nadejdzie reżyserski odpowiednik Howarda Roarka, który swoją wizją zdoła nie tylko prawidłowo oddać to, co w pierwowzorze najważniejsze, lecz także uwydatnić wszelkie jego walory.

Jakub Konończuk

Z przekonania liberał. Zafascynowany austriacką szkołą ekonomii oraz filozofią obiektywizmu. Wolne chwile spędza głównie na bezproduktywnej kontemplacji otaczającej go rzeczywistości.

Więcej tekstów

Może spodoba Ci się również...